Promienie ciepłego słońca bezszelestnie wdarły się przez otwarte okno do sypialni. Niebo było bezchmurne, mimo iż aktualną porą roku była zima. Ptaki, jak co rano śpiewały swoją poranną pieśń. Na kwiatku, który stał na parapecie usiadł motyl biały, jak nowa, jeszcze nigdy przedtem nieużywana pościel. Obok przycupnął kolejny o skrzydłach bladoróżowych, które jednak pod wpływem promieni przybierały wszystkie kolory tęczy. Za kilka chwil dołączył do nich cytrynowożółty z czarnymi jak heban plamkami. Wtem zwinnie na okno wdrapał się kot. Nie spłoszył przy tym ani jednego motyla. Zsunął się powoli po kremowej zasłonce i kocim ruchem, jak na kota przystało zbliżył się do łóżka. Jednym zręcznym skokiem usadowił się na końcu łóżka, tam, gdzie kołderka była najbardziej zsunięta. Nie minęło pięć minut a Abe był już na poduszce, koło mojej głowy. Wtulił się w moje jasnobrązowe loczki. Połaskotał mnie delikatnie wąsami po nosie. Obudziłam się, ale nadal leżała bez ruchu z zamkniętymi oczami. Nie miałam siły wstawać z łóżka, byłam padnięta. Całą noc puszczona była głośna muzyka, a w tle dodatkowo było słychać brzdęki pustych butelek po alkoholu. Delikatnie wysunęłam spod głowy swoją dłoń i wyciągnęłam ją ku kocurowi. Wtulił w nią swój puszysty łepek. Otworzyłam oczy. Ściągnęłam z siebie kołdrę i wstałam z łóżka. Niepewnym krokiem, na paluszkach ruszyłam w stronę łazienki. Aby do niej dotrzeć musiałam minąć salon, w którym pewnie zastanę śpiących gości wraz z gospodarzem imprezy, ojcem. Akurat w pierwszy dzień w nowej szkole, niezastąpiony prolog. Nieduży odcinek do toalety, mniej niż więcej. Połowa sukcesu. Nie byłoby to moje życie, gdyby coś tego nie zepsuło. Koniecznie musiałam trącić zabawkę Abe'a, by obudzić całe towarzystwo. Koniecznie. Westchnęłam, obracając głowę za ramię mierząc wzrokiem śpiących mężczyzn. Niektórzy w tym czasie przewrócili się na drugi bok z lekkiego wybudzenia, jednakże wszyscy byli w stanie spoczynku. Całe szczęście. Dobrze, że ojciec podpisał wszystkie potrzebne dokumenty zanim się upił. Nie zniosłabym porażki, którą mógł mi zapewnić na pierwsze wrażenie w nowym miejscu. Weszłam do toalety, chwyciłam ręcznik i wskoczyłam pod prysznic. Po odświeżeniu ciała przebrałam się w szarą, gładką bluzę i czarne spodnie z dziurami w zgięciach kolan. Wyszłam z toalety i ciągłym krokiem ruszyłam w stronę przedpokoju gdzie założyłam czarne trapery i zarzuciłam na ramiona płaszcz, zaraz po czym plecak w kolorze części mojej garderoby, czerni. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz, furtkę zatrzasnęłam. Wyciągnęłam telefon z kieszeni, zerknęłam na godzinie. Shit. Spóźnię się. W pierwszy dzień. Nie zastanawiając się dłużej pobiegłam na przystanek autobusowy, gdzie na całe szczęście nie czekałam długo. Nie musiałam znać nazwy przystanku, szkoła wyraźnie rzucała się w oczy, więc wiedziałam gdzie mam wysiąść. Opuściłam pojazd, gdy przede mną ukazał się owy budynek, w którym zmarnuję część swojego życia. Nabrałam głęboki oddech, wypuszczając kilka sekund po nosem. Ruszyłam alejką w stronę liceum, przyglądając się tutejszym uczniom. Nikogo nie znałam, nikogo znać nie chciałam. Ostatni rok może nie będzie taki ciężki, jaki układa mi się w myślach.
Wraz z nową klasą weszliśmy do sali, w której mieliśmy pierwszą lekcję, matematykę. Lubiłam ten przedmiot, ponieważ go rozumiałam. Czterdzieści pięć minut z liczbami minęło szybko, stres przed lekcją wychowawczą, która była lekcją drugą zżerała mnie od środka. Wiedziałam, że będę musiała wyjść na środek i opowiedzieć 'coś' o sobie.Maks?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz